Dopadł mnie ...

Odkąd pamiętam moja relacja do Boga była bardzo luźna. Urodzony i wychowywany w rodznie katolickiej, ale raczej przywiązanej do tradycyjnej obrzędowości katolickiej, wyrastałem w domu (wychowywany przez wspaniałych i kochających rodziców - chwała Panu za takich rodziców !!) gdzie o Bogu mówiło się jedynie przy okazji świąt lub z okazji wizyty księdza przy "kolędzie", oczywiście poza tym trdycyjny rytuał - co tydzień w niedzielę do kościoła, msza, godzina nudzenia się i - do domu. Aha, zostawały jeszcze lekcje religii - w szkole podstawowej rodzice mnie zapisywali na katecheze prowadzoną w parafii. Jedną z katechetek pamiętam do dziś - pani M. - mówiła nam, że jeśli ktoś wychodząc z kościoła nie umoczy ręki w wodzię świeconej i się nie preżegna to pójdzie do piekła ... pamiętam moją dziecięcą rozpacz gdy pewnej niedzieli kropielnica przy wyjściu z kościłoa była sucha - nie mogłem umoczyć ręki w wodzie święconej i myślałem że pójdę do piekła. Oczywiście przeszedłem cały tradycyjny rytuał - pierwsza komunia, bierzmowanie .... i koniec. W szkole średniej dostała się w moje ręce ksiązka pana Kosidowskiego "Opowieści biblijne i opowieści ewangelistów", oczywiście bardzo łatwo trafiła do młodego rozumu chłonnego wiedzy ( !!! ) i tak zyskałem przekonanie że Biblia to bzdury - zbiór hebrajskich legend i podań, a ewangelie są ubarwioną opowieścią filozoficzną o jakimś nawiedzonym żydowskim filozofie-samouku, momentami nawet uważałem że Jezus był postacią wymyśloną. Tak zostałem zawieszony - niby ateista, ale gdy miałem jakieś problemy to - a jakże - prosiłem Boga, Marię , Jezusa i kogo jeszcze pamietałem z tekstów litanii o pomoc. Jako że moim hobby jest fizyka i kosmologia, zacząłem uważac że aby wytłumaczyć istnienie świata nie potrzeba przyjmować istnienia Boga, że życie powstało na drodze ewolucji, że wiara w duchy, demony, Zmartwychwstanie, Boga świadczy tylko o żenująco niskim poziomie umysłowym ludzi wierzących w te - jak to nazywałem - głupoty. Zostałem więc ateistą, materialistą. Pamiętam moje długie dyskusje - gdy wykazywałem kolegom z Technikum, zaangażowanym w ruchu Oazowym że wierzą w kretyństwa. Wdawałem się w spory ze Świadkami Jehowy, jednak nie na gruncie biblijnym, tylko z podręcznikami fizyki, biologi, paleontologii w ręku.

Z uporem godnym maniaka wykazywałem im że Boga nie ma, że ludzie powstali z istot mniej rozwiniętych, że życie powstało samo, że Jezusa w ogóle nie było...

Tak upłynęła mi szkoła średnia...


Zdałem maturę, złożyłem dokumenty na Politechnice (wiedziałem że zostanę przyjęty), z uczelni w liście z zawiadomieniem o przyjęciu na pierwszy rok studiów pojawiła się kartka z informacją o obozie aklimatyzacyjnym dla pierwszoroczniaków, organizowanym przez wrocławskie Duszpasterstwa Akademickie w Białym Dunajcu (obóz był w Białym Dunajcu rzecz jasna, a nie duszpasterswo). Jako że uwielbiam góry, zaczynałem się wtedy wspinać, a cena za 2 tygodnie w Tatrach była wyjątkowo niewygórowana - pojechałem. Ludzie wokół mnie mówili coś o oddaniu życia Jezusowi, jednak na obóz ten pojechało dość wiele osób o zbliżonej do mojej motywacji-za niewielkie pieniądze spędzić wakacje-i unikaliśmy jak tylko mogliśmy tych "nawiedzonych", ignorowaliśmy ich modlitwy, wymykaliśmy się na piwo, do Zakopanego do lokali. Za zrządzenie losu uważam że zostałem przydzielony do pokoju z moim kolegą ze szkoły średniej - Marcinem. Działał w odnowie w Duchu Świętym (później się dowiedziałem że ochrzcił się u zielonoświątkowców), zdziwiło mnie bardzo że wieczorem "do poduszki" czytał zawsze Biblię... mówił że to najwspanialsza księga świata, że są w niej odpowiedzi na wszystko... Zafrapowało mnie to - znałem Marcina i wiedziałem że jest obdarzony bardzo trzeźwym umysłem, dziwiło mnie to że wierzy w te "bzdury" - zacząłem nieco "podczytywać" ukradkiem jego Biblię. Zaciekawiły mnie niektóre fragmenty, ale na tym się wtedy skończyło. Była to moja pierwsza rysa na niezachwianym, materialistycznym widzeniu świata - kolega, do którego miałem zaufanie i którego darzyłem pewnym szacunkiem (jego konikiem też była fizyka) twierdził że Bóg, Biblia i nauka nie stoją ze sobą w sprzeczności. Po powrocie z obozu kilka razy Marcin zabrał mnie na spotkania modlitewne odnowy w Duchu Świętym, usłyszałem wtedy po raz pierwszy modlitwę w językach, stanąłem wobec czegoś, czego w żaden sposób nie byłem w stanie wytłumaczyć. Reakcja była dość specyficzna-mianowicie zignorowałem to, moje kontakty z Marcinem urwały się. Zacząłem studia, wpadłem w rytm życia studenckiego, zajęcia-imprezy-sesja, i tak życie się toczyło dalej. W międzyczasie moja Mama wyjechała do Stanów Zjednoczonych (z konieczności - zarobkowo), jako że byłem bardziej związany z Mamą, to moje stosunki z obojgiem rodziców zaczęły się psuć, traciliśmy z Mamą bezpośredni kontakt, z Tatem też mało rozmawiałem... uciekałem od własnych Rodziców. Potem zacząłem uciekać w sieć (Internet), średnie dobowe w sieci miałem na poziomie kilkunastu godzin - w szkole, później w domu. Stałem się uzależniony od Internetu.


Przez sieć poznałem kobietę, rozmawialiśmy za pomocą komputerów dlugimi godzinami, wreszcie spotkaliśmy się osobiście, potem znów, potem jeszcze raz ... Dzięki długim rozmowm w sieci, szczerym-co sie rzadko zdarza-znaliśmy się już bardzo dobrze. Zaufaliśmy sobie, jej historia fascynowała mnie i przerażała, zacząłem darzyć ją szacunkiem, zaczęło sie rodzić uczucie. Pokochałem ją ... ze wzajemnością. Postanowiliśmy zamieszkać ze sobą, jako że pochodziliśmy z dwu różnych miast (Wrocław i Warszawa) wybraliśmy-zupełnie przypadkowo jak nam się wydawało-Gdańsk. Joasia zajmowała się astrologią, czymś co też uważałem za bujdę, ale czego REALNĄ skuteczność widziałem na własne oczy. Zdaje się że tu już Najwyższy nie wytrzymał.


Asia się nawróciła, zaczęła szukać w okolicy jakichś wspólnot lub kościołów ewangelicznych, czytała Biblię...

Myślałem że jest jej-następny po astrologii-nieszkodliwy "konik", że to jej przejdzie ...

Zacząłem ją przekonywać że to głupoty. Z wielkim uporem przedstawiała mi kolejne fakty obalające moje zarzuty, znalazła i dała mi do przeczytania dowód na Zmartwychwstanie Jezusa autorstwa Josha McDowella. Przeczytałem ten dowód kilkanaście razy, i NIE ZNALAZŁEM i w nim ŻADNEGO słabego punktu. To musiała być prawda, a jeśli to była prawda to i teksty traktujące o Zmartwychwstałym mogły być prawdziwe. Joasia powiedziała żebym przeczytał List do Rzymian-i znów- przeczytałem go kilka razy.

To co nastąpiło później to już ewidentnie Boża ingerencja, z moim umyśłem zaczęło sie dziać coś dziwnego-układał się zupełnie inny, nowy obraz świata. Świata który można wyjaśnić znacznie prościej, pełniej i piękniej. I PRAWDA-musiałem przyjąć Zmartwychwstanie za prawdziwe, więc i uznać całe Życie Zmartwychwstałego za prawdę, wszystko co mówił, co uczynił. Joasia podsunęła mi wtedy cztery prawa duchowego życia-to już dopełniło wszystkiego-ze wszystkich tych elementów ułożył się spójny obraz. Wtedy (tego dnia wieczorem) zacząłem się modlić (sam nie wiem nawet dlaczego... potem się dowiedziałem że Joasia modliła się o mnie, widać Pan ją wysłuchał i puknął mnie nieco w rozum, by wszystko wróciło na właściwe miejsce) właściwie to nie była modlitwa, tylko jeden wielki krzyk do Boga: nie wiem, pomóż mi, nic nie wiem, to co poznaję jest takie piękne, spójne, ale ...ale to przecież się kłóci z tym co przez wiele lat uważałem za niepodważalne. Zaczęło do mnie docierać że Jezus BYŁ, że Jezus był BOGIEM, że Jezus zmartwychwstał, co chwila jednak w głowie pojawiały się myśli że to nonsens, że to niemożliwe. Znów w pamięci niejako "zaświeciły" fragmenty Listu do Rzymian. Zrozumiałem DLACZEGO i PO CO Jezus umarł. Że wcielony Bóg poniósł karę za mnie, że w istocie jestem zły, że jedyną możliwość ratunku zawdzięczam wyłącznie Jezusowi. Poprosiłem Go o wybaczenie i pomoc (była to już późna noc)... i-może wstyd się przyznać-27 letni mężczyzna rozpłakał się jak małe dziecko. Potem pojawiło się nagle uczucie spokoju, zniknął gdzieś cały strach, zniknęły wątpliwości. Bóg mnie dopadł, chociaż uciekałem długo i namiętnie. I CHWAŁA PANU ZA TO !!! DZIĘKI CI O BOŻE !!!


Co się zaczęło zmieniać w moim życiu?

Joasia jest moją żoną, kocham ją i bardzo szanuję.

Zacząłem sie uspokajac, jako że jestem dość cholerycznego usposobienia dość często wpadałem w złość, teraz jakoś to mijało. Zmienił się mój stosunek do dzieci Joasi z pierwszego małżeństwa, traktuję je teraz i kocham jak własne. Wcześniej jakoś drobne przewinienia, kłamstewka i kłamstwa nie wywoływały we mnie żadnych przykrych odczuć, teraz wszelkie przewinienia dają mi znać o sobie bardzo szybko-szybko dociera do mnie że robię źle. Zaufałem Panu, proszę Go o pomoc.

Znalazłem pracę, z całą rodziny wychodzimy z kłopotów finansowych. A to wszystko dzięki Bożemu Błogosławieństwu, dzieki opiece Jezusa, któremu ufam i który działa w naszej rodzinie.